[ Pobierz całość w formacie PDF ]
- Może w przyszłym tygodniu...
Donośne mlaskanie znowu rozeszło się po pokoju.
- Robby ma problemy. Stracił pracę. Nie jest już kierowcą ciężarówek. Powiedział mi,
że nie potrafi pisać, od kiedy wie, że nie ma stałej pracy. Potrzebuje bezpieczeństwa i
finansowej niezależności. Nie może pisać!
- Jak niczego nie znajdzie - odpowiedziałem - mogę zapytać u nas.
- Co? co!
- W jednym z urzędów pocztowych, wiesz, tam na dole, zatrudniają ciągle nowych
ludzi. Płacą całkiem w porządku!
- W URZDZIE POCZTOWYM!!! ROBBY JEST NA TO ZA WRA%7Å‚LIWY, ZA
DELIKATNY! PRACA NA POCZCIE! NO WIESZ - TO DOWCIP!
- Nie, to szkoda - powiedziałem. - Myślałem, że mogę mu jakoś pomóc. Dobranoc!
Fay milczała. Czuła się dotknięta.
8
Piątki i soboty miałem wolne. Niedziela stawała się najgorszym dniem tygodnia.
Także dlatego, że w niedzielę zamiast o 18.18 musiałem zaczynać pracę o 15.30.
W ostatnią niedzielę przenieśli mnie do sortowni gazet, oznaczało to osiem godzin
harówy na nogach bez żadnej szansy wsunięcia sobie pod tyłek taboretu chociaż na chwilę.
Nie tylko, że nie ustały bóle w całym ciele, to przypałętały się coraz częstsze zawroty głowy.
Wszystko nagle zaczynało się kręcić, robiło się coraz czarniej przed oczami, a potem mijało.
W domu też nie było najprzyjemniej. A już ostatniej niedzieli szczególnie. Był to
rzeczywiście bardzo brutalny dzień. Przyjaciele Fay zjawili się z wizytą; usadowili się na
łóżku i świergotali, jakimi są wspaniałymi pisarzami i literatami, a nawet poetami, bez
wątpienia najlepszymi w kraju. Zgodnym chórem uważali, że nie publikowano ich tylko i
wyłącznie dlatego, bo nie słali błagalnych listów z maszynopisami, do tych wyzyskiwaczy,
wydawców. Przyjrzałem się im! Jeżeli tak pisali, jak wyglądali, jeżeli tworzyli tak, jak pili
kawę i maczali w niej bułki, to naprawdę byłoby wszystko jedno, czy słaliby te swoje
błagalne listy do wydawców czy też od razu wieszaliby te swoje dzieła w publicznych
sraczach. A nuż ktoś by rzucił na to okiem przed podtarciem tyłka! Trzeba walczyć o
czytelnika! Więc w niedzielę sortowałem gazety. Nagłe zachciało mi się kawy, a i głód też
dawał znać o sobie. Pilnowacze stali w drzwiach. Czy tych nigdy nic nie boli? No jasne, że
uniemożliwiali mi spokojny spacer do kantyny. Ukradkiem udało mi się jednak wymknąć
ostatnimi, najrzadziej uczęszczanymi drzwiami w tyle korytarza. Musiałem, do kurwy nędzy,
zrobić coś z tym poniedzielnym kacem. Kantyna była na pierwszym piętrze, ja na trzecim.
W końcu korytarza, za sraczami, było wyjście na schody. Nad nimi zauważyłem duży napis:
OSTRZE%7Å‚ENIE!
PROSZ NIE KORZYSTA Z TYCH SCHODÓW!
Bawili się z nami. Grali w kotka i myszkę. Jebany trik. Ja i tak byłem od tych psów
bardziej przebiegły. Przygwozdzili to ostrzeżenie tylko dlatego, żeby takim cwaniakom jak
Chinaski zabronić chodzenia do kantyny w czasie godzin pracy. Otworzyłem drzwi i
zszedłem na dół. Drzwi trzasnęły za mną. Stanąłem przed drzwiami prowadzącymi do
korytarza na pierwszym piętrze. Chwyciłem klamkę. Kurwa! Zamknięte. Wróciłem schodami
na trzecie piętro. Nawet nie próbowałem podejść do drzwi prowadzących na korytarz
drugiego piętra. Wiedziałem, że muszą być zamknięte. Podobnie jaki te na parterze. Tych
parę lat przepracowało się przecież na poczcie. Jeśli już zabawiali się z nami w stawianie
pułapek, to robili to bardzo solidnie i dokładnie. Szanse na kawę malały do zera. Kac zmienił
mi przełyk w żwirową pustynię. Byłem na trzecim piętrze. Drzwi były też zamknięte. Na
szczęście sracz był bardzo blisko. Zwykle ruch tam jak na targu. Co chwilę ktoś wchodził i
wychodził. Tylko teraz wszystko zamarło. Czekałem. Dziesięć minut! Piętnaście minut!
Dwadzieścia! NAPRAWD NIKOMU NIE CHCIAAO SI ANI SRA, ANI SIKA, ANI
POSIEDZIE TROCH NA KIBLU!!! NIKOMU! Po dwudziestu pięciu minutach pojawiła
się wreszcie pierwsza twarz. Zacząłem stukać w metalową kratę.
- Hej, kolego! Kolego!
Nie słyszał albo udawał, że nie słyszy. Wlazł do sracza. Siedział tam z siedem minut.
Krótko?!
Potem nadbiegł ktoś inny.
Stukałem coraz energiczniej:
Hej... kolego... ty!... PIERDOLONY GAUCHY ONANISTO!
Musiał to usłyszeć, bo nawet popatrzył tym swoim tępym i rozlazłym wzrokiem w
mojÄ… stronÄ™.
Powiedziałem:
- OTWÓRZ TE DRZWI! NIE WIDZISZ, %7Å‚E STOJ ZA NIMI! NIE MOG WEJZ
DO ZRODKA! WALE TY! OTWIERAJ TE JEBANE KRATY!
Otworzył. Byłem na korytarzu trzeciego piętra. Facet wpadł w jakiś nie znany mi stan
duchowego uniesienia i zachwytu. Zcisnąłem go za łokieć.
- Dziękuję koledze, dziękuję.
I znowu stałem przed sortownicą.
Po chwili przechodził obok mnie jeden z tych pilnowaczy, którzy biorą pensje za
pilnowanie nas i egzekwowanie godzin naszej pracy. Zatrzymywał się na chwilę, a mnie
zdrętwiały palce.
- Wszystko w porzÄ…dku, Chinaski?
Coś mu warknąłem, pomachałem gazetami, jakbym odpędzał nieobecne muchy,
rozmawiałem sam ze sobą, uśmiechałem się nawet, ale nie do niego, aż sobie wreszcie
poszedł.
9
Fay była w ciąży. Ale ten fakt nie zmienił ani jej, ani tym bardziej tak wyjątkowego
stworu jakim była poczta amerykańska.
Ci, którzy naprawdę pracowali, pracowali nieustannie i bez przerwy, a ci, którzy nie
pracowali, to rozprawiali wyłącznie o sporcie. Różnokolorowa drużyna składała się przede
wszystkim z wielkich, czarnych postaci, zbudowanych jak zapaśnicy wagi ciężkiej, a ich
głównym zajęciem były luzackie koci - koci - łapci ze sportem w roli głównej. Nowego
zawsze przydzielano do tej drużyny. W ten sposób oszczędzono życie paru pilnowaczom.
Zajmowali się, ale i tak nie przeszkadzało im to w międleniu ciągle takich samych tekstów,
odbieraniu worków z listami z dowożących ciężarówek i transportowaniu ich przy pomocy
wózków lub windy na wyższe piętra. To zabierało im pięć minut, pozostałe pięćdziesiąt pięć
minut opierdalali siÄ™ totalnie, wykrzykujÄ…c cytaty ze sportowych gazet. Niekiedy, bardzo
jednak rzadko, liczyli przesyłki, albo udawali że liczą. Robili to z zimną krwią i
wyrachowaniem. Ale muszę przyznać, że długie ołówki, wsuwane przez nich za własne uszy,
dodawały im czegoś szlachetnego, nawet intelektualnego. Sprzeczki i kłótnie wybuchały
bardzo gwałtownie co parę minut. Każdy z nich uważał się za eksperta we wszystkich
dziedzinach sportu, a wszyscy czytali z umiłowaniem ciągle tę samą gazetę sportową.
- Chłopczyk, obsraj te trzy klasy szkoły podstawowej i powiedz nam, kto był
najlepszym na świecie graczem na polu zewnętrznym?
- Powiedziałbym, że Willie Mays, Ted Williams, Cobb.
- Co? Co?
- To jest jasne, jak dwieście jest trzysta, nie!
- A Babe Ruth? Tego już olewacie bokiem, tak!
- Okay, okay! A ty kogo typujesz, macherku!
- Bez żadnych zgrzytów Mays, Ruth i Di Maggio.
- Wam już wszystkim trzepnęło zdrowo w manianę! A Hank Aaron! Czy któryś z was
słyszał to nazwisko?
Pewnego dnia ukazały się anonsy rekrutujące nowych ludzi do prac dotychczas
wykonywanych przez tę kolorowo mieszaną drużynę. Wszystkie anonsy, plakaty i afisze zni-
kały błyskawicznie ze ścian i tablic ogłoszeniowych. Kolorowo mieszana drużyna wysyłała
swoje bojówki z zadaniem mszczenia wszelkich inicjatyw dyrekcji, mogących zaszkodzić
żywotnym interesom ugrupowania. Informacje wywieszano wielokrotnie, a one znikały też
wielokrotnie w najbardziej tajemniczy sposób. Dyrekcja nabierała wody w usta i przestała
werbować. Wszyscy dobrze wiedzieli, że droga z budynku na parking samochodowy była
długa i ciemna. Szczególnie w nocy.
10
Zawroty głowy wracały regularnie. Czułem, jak nadchodzą. Stół zaczynał się wtedy
kręcić. Trwało to minutę albo trochę dłużej. Listy stawały się jakoś ciężkie i nieporęczne.
Ludzie wyglądali blado, szaro, coraz siniej. Ciągle spadałem ze stołka. Nogi odmawiały
[ Pobierz całość w formacie PDF ]